Dołącz do nas

Naturoterapia w praktyce

Autor Judka Krystyna

Korzenie żywokostu i mniszka lekarskiego

W mojej bieszczadzkiej spiżarni o tej porze roku królują już słoiczki pełne różnych pyszności: dżemy, musy, powidła, marmolady; soki i syropy; nalewki zdrowotne i octy a także  warzywa i owoce w zalewach octowych. Nie brakuje również suszonych przez całe lato ziół takich jak: pędy malin czy jeżyn, liście poziomki, owoce i kwiaty bzu czarnego, dziurawiec, krwawnik, lipa, itd. Co roku zbieram około 70 – 100 różnych roślin dziko rosnących, z których wytwarzam te wszystkie bieszczadzkie pyszności, o których już wiecie.

Teraz przyszła pora na korzenie. Mam już korzeń chrzanu, całe wiadro. Z tego będzie pyszny chrzan w słoiczkach, który od jesieni aż do wiosny przetrwa w przetworzonej formie. A w okolicach Wielkanocy nabierze swej ostrej, szczególnej mocy i jako pyszny dodatek do jaj i wędlin będzie już prawie wspomnieniem. Mam też korzeń kobylaka, którego ususzyłam. I w tej formie będę dodawać do herbatek na biegunki i wirusy grypowe.

Ale mam też korzenie żywokostu i korzenie mniszka lekarskiego popularnie nazywanego „mleczem”. Oba korzenie w razie potrzeb możemy wykopać też na wiosnę przed zakwitnięciem roślin. Ja zaopatruję się w nie na jesieni, gdyż będą potrzebne mi zimą w okresie kiedy króluje sezon grypowy, kiedy przejadamy się tłustymi potrawami z powodu zimna i kiedy nasze organizmy potrzebują największego wsparcia, gdyż są zmęczone a wówczas łatwo o chorobę.

Korzenie mniszka łatwo znaleźć i wykopać, gdyż nie tkwią w ziemi uparcie, ale łatwo wychodzą, wystarczy podważyć lekko ziemię. Są koloru kremowego czasem lekko żółtego. Następnie dobrze myję, odrzucam brzydkie części korzenia i osuszam ręcznikiem papierowym. Potem, kiedy już na pewno korzenie są suche, kroję je drobniutko i suszę. Można w piekarniku w temp do 40 stopni C albo w suszarniach takich jak na grzybki. Ja mam stryszek,  w którym pod dachem panują idealne warunki, aby w słoneczny dzień wysuszyć korzonki.

To samo robię z żywokostem. Wykopanie go wymaga solidnej łopaty, albo chociaż saperki. Korzenie mają czarną skórkę, są chrupkie i białe w środku. Pyszne do podjadania. Po przełamaniu szybko brązowieją, pokrywając się śluzem. Im więcej tego śluzu, tym lepiej, tym wartościowszy surowiec. Korzenie myję, ale nie zdrapuję tej brązowo-czarnej skórki. Następnie osuszam i dopiero wtedy kroję na małe plasterki do ususzenia. Suszę tak samo jak mniszka lekarskiego. Część wykopanych surowych korzeni zużywam do przygotowania syropu. Korzenie gotuję dość długo czyli ok 20-30 min., aby pozyskać też krzemionkę. Taki gęsty odwar mieszam z miodem i cytryną. To jest syrop na przeziębienie i kaszel, który zasila szeregi słoiczków w mojej spiżarni.

Ususzone korzenie wykorzystuję w zimie do przygotowywania odwarów na różne dolegliwości. Głównie związane z dolegliwościami pory zimowej: grypy, przeziębienia, chrypki, obtłuczenia, opuchnięcia, a także biegunki spowodowane wirusami i dolegliwości żołądkowo-jelitowe.

Żywokost i mniszek w kuchni ? – co one tu robią?

Żywokost od wiosny do późnej jesieni wypuszcza młode listki, które warto zbierać i dodawać do sałatek.  Młode listki żywokostu można przygotować jak szpinak z czosnkiem i spożywać jako dodatek do makaronów czy tostów lub dań jarskich. Ma dużą wartość odżywczą i wzmacniającą. Działa ściągająco, powlekająco i regenerująco. Następuje zmniejszenie lub zahamowanie mikrokrwawień z uszkodzonych naczyń włosowatych w przewodzie pokarmowym oraz stanu zapalnego, ułatwienie bliznowacenia ubytków spowodowanych wrzodem trawiennym. Hamuje również proces zanikowy błon śluzowych żołądka i jelit u osób w wieku podeszłym. Warto go zjadać.

Natomiast mniszek lekarski w kuchni to liście na surowo. Wiemy, że mają gorzki smak. Aby temu zapobiec zbieram je rankiem, opłukuję i wstawiam do słoika z wodą i przechowuję w chłodnym i ciemnym miejscu do obiadu czy kolacji. Następnie przygotowuję sałatkę: liście kroję drobniutko, dodaję liści czosnku niedźwiedziego lub szczypiorek, pomidory, jajko ugotowane na twardo lub serek typu feta pokrojony w kosteczki, oliwa z oliwek lub inny ulubiony olej (pasuje niemal każdy), szczyptę soli i ulubione przyprawy ziołowe: pieprz czarny i czubryca. Do takiej sałatki można też dodać liści szczawiu, gwiazdnicę, miętę czy liście krwawnika lub żywokostu. Dla osób mniej „zapalonych” sałatkami ziołowymi proponuję zmieszać taką sałatkę z sałatą lodową (pół na pół). Mniszek lekarski jest zielem żółciotwórczym i żółciopędnym, oczyszcza wątrobę ze złogów cholesterolowych, więc warto od wiosny do późnej jesieni wybierać młode listki i dodawać do sałatek na surowo. Gorzki smak można też nieco zneutralizować namaczając go na ok. 20-30 min przed spożyciem w mleku. Obie roślinki są pyszne, popularne i łatwo dostępne. A sałatka z jajeczkiem czy serkiem urozmaici nasz stół, a gości zachwyci.

Do swojej spiżarni wrzucam też syropek z kwiatów mniszka lekarskiego i syropek z korzeni żywokostu. Syropki te stosuję w okresie przeziębieniowym jako pyszny dodatek do herbatki, naleśników, racuchów, pierożków z owocami czy po prostu do ciasta.  A gdy bardzo gardełko mnie boli popijam sobie łyżkami co kilka godzin. Czasem mam ochotę wypić wszystko na raz, takie dobre i skuteczne!

Apteka natury  - czyli skład i działanie

Mniszek lekarski jest bogaty w różne związki lecznicze. Podam tylko te najważniejsze: fitosterole, karotenoidy, cukrowce (inulina, fruktoza- zależnie od pory roku), pektyny, gumy, żywice, kwasy i glikozydy fenolowe, sole mineralne (potasowe ok. 5%), związki aminokwasowe, flawonoidy i wreszcie kumaryny. Sama nie wiem co jeszcze się tam kryje. Mniszek jest zielem żółciotwórczym, żółciopędnym, wzmagającym diurezę, pobudzającym przemianę materii, odtruwającym, poprawiającym trawienie. Napar, odwar i sok rozkurczają mięśnie gładkie, regulują wypróżnienia, wspomagają leczenie chorób skórnych i otyłości. Obniżają poziom cukru we krwi. Mniszek ma także działanie przeciwmiażdżycowe co zapobiega odkładaniu złogów i kamieni żółciowych i zastojom żółci. Listki mniszka czyszczą krew.

Żywokost zawiera kwas fenolowy o nazwie litospermowy (jest on pochodną kwasu cykoriowego i spokrewniony z kwasem rozmarynowym). A dlaczego o tym wspominam? Bo posiada on właściwości antygonadotropowe i ochronne na miąższ wątroby (hepatoprotekcyjne). Może mieć zastosowanie przy nadmiernym wytwarzaniu hormonów gonadotropowych z przysadki mózgowej. Żywokost zawiera też inulinę, allantoinę, mukopilisacharydy, glikozydy fenolowe, witaminy: B1, B2, B12, C i P oraz: wapń, żelazo, fosfor, kobalt, mangan itd.

Przed odkryciem obecności alkaloidów pirolizydynowych stosowano żywokost:

  • we wrzodzie żołądka i dwunastnicy,
  • w nieżycie błon śluzowych przewodu pokarmowego,
  • w uszkodzeniach i mikrokrwawieniach spowodowanych różnymi toksycznymi związkami, m.in. niektórymi lekami (np. tabletkami salicylanów) i substancjami żrącymi (np. ługami lub kwasami).
  • w łagodnych nieżytach jamy ustnej, gardła i krtani, zwłaszcza u dzieci i młodzieży.
  • zewnętrznie jako miazgę, maści lub odwary z korzeni na oparzenia, odmrożenia, trudno gojące się rany, owrzodzenia żylakowe nóg, stany zapalne skóry i egzemy.
  • jako środek działający ściągająco, powlekająco i regenerująco.
  • w celu zwiększenia liczby leukocytów obojętnochłonnych oraz pobudzenie mechanizmów obronnych, wyrażające się m.in. przyspieszonym wypełnianiem ubytków kostnych po złamaniach.

Uwaga!

Duże kontrowersje wzbudza ostatnio informacja, że żywokost jest szkodliwy! Obecnie zaniechano stosowania go wewnętrznie z powodu wykrycia wcześniej wspomnianych alkaloidów pirolizydynowych, które „sieją spustoszenie” w naszych wątrobach, a których trzeba byłoby zjeść sporą ilość, żeby zaszkodziło. Związków tych jest tyle co „kot napłakał” jak mówi mój wykładowca „Towaroznawstwa zielarskiego” Henryk Różański. I ja mu wierzę, gdyż prowadzi on badania laboratoryjne na ten temat. Ja zjadam duże ilości żywokostu i jedyne co odczuwam, to… przyjemny smak chrupiących korzeni, albo kojące działanie syropu na gardełko. Kwestia decyzji: jeść czy nie jeść - oto jest pytanie, powinna należeć do własnego wyboru., bo jest to niezłe ziółko ;)

Zastosowanie w medycynie ludowej

Dawniej „dmuchawca” stosowano głównie na przeziębienie, drogi żółciowe, albo podczas bolesnych krwawień miesięcznych. Ludność nie znając biochemii stosowała daną roślinę jak mówiły „Babki” , albo jak tradycja w rodzinie nakazywała. Miało to sens, gdyż przepisy były wypróbowane przez wiele pokoleń, sprawdzone i przetestowane przy różnych dolegliwościach. Dziś zapominamy o dorobku naszych przodków i musimy uczyć się od nowa. A szkoda…

Jedna  z tradycji mówi, że gdy kogoś trapił jakiś problem to miał pójść na łąkę wyszukać najpiękniejszy kwiat, zerwać go i wyszeptać mu swe troski. Potem trzeba było ten kwiat ususzyć i po całym cyklu księżyca zaparzyć herbatkę i wypić, tak dla pewności na odgonienie „złego”. Myślę sobie, że my w dzisiejszych czasach nie mamy aż tyle czasu, aby nasze troski odganiać aż przez miesiąc, my zabieramy się od razu do dzieła.  A co by było gdyby troski przyszły w listopadzie? To co, czekać aż do kwietnia? Zdecydowanie ludzie kiedyś żyli wolniej… a może mniej trosk mieli…

Żywokost czyli żywa kość, albo kosztywał – to żywy gnat. Wychodzi na  to samo. W lecznictwie ludowym żywokost uchodził za skuteczny środek przyspieszający gojenie się ran, zrastanie złamanych kości i w zapaleniu szpiku kostnego. Na własnym przykładzie wypróbowałam wielokrotnie jak pomocny jest i jak szybko działa to ziółko. Na obtłuczenia, siniaki, wybite stawy, złamaną kość żywokost jest niezastąpiony. Wiele razy podczas zajęć sportowych zdarzyło mi się ulec jakiejś kontuzji. Wystarczy z liścia (dobrze umytego) zrobić coś w formie przylepca, czy gazy i przyłożyć do rany bandażując, aby się dobrze trzymało, zmieniając opatrunek co kilka godzin, a po 2-3 dniach nie ma już śladu. Pierwsze działanie można odczuć już po 20-30 min. Nie dziwię się więc, że ludność wiejska traktowała tą roślinkę z wielkim szacunkiem. Pamiętam z dzieciństwa jak stare babcie zabraniały zrywać go pod byle pretekstem, że to niby prawie święte ziele. Teraz już to rozumiem….

A teraz pędzę do moich korzeni, które właśnie się suszą.  Wkrótce wybieram się też na poszukiwania zaginionych w zaroślach roślin. Może znajdę wreszcie dziką różę albo trzmielinę? Coś na pewno znajdę, jak zwykle. Już nie mogę się doczekać kolejnej ziołowej niespodzianki! Zawsze z takich wyjść przynoszę coś ciekawego czego się nie spodziewam znaleźć. Ciekawe co to będzie tym razem!

Korzennych inspiracji

Życzy Niezłe Ziółko :)